24 marca 2013

Niedziela na kanapie - GREASE (1978)

Grease- to już klasyka kina! Niechcący znowu sobie o nim przypomniałam i postanowiłam odświeżyć swoje dane i obejrzeć po raz pięćdziesiąty komediowy musical. 
Przede wszystkim w filmie urzekła mnie cudowna muzyka, stroje z późnych lat 70. oraz bez wątpienia John Travolta- wtedy jeszcze młody bóg nastolatek (ale chyba nie tylko nastolatek!).


W tym roku, 27 marca będziemy obchodzić już 35 rocznicę powstania tego filmu, dlatego warto jeszcze raz cofnąć się do tamtych lat i powspominać i bezwątpienia pośmiać się do łez.

Fabuła filmu nie jest skomplikowana i zawiła. Pewna dziewczyna, w tej roli Olivia Newton-John, przyjeżdża z rodziną z Australii do USA. Pierwszego dnia w nowej szkole zauważa, że uczęszcza do niej również jej wakacyjna miłość, czyli Danny (Travolta). Dziewczyna jest uradowana tym, że będzie miała obok siebie kogoś bliskiego w trudnych dla niej chwilach związanych z nowym miejscem zamieszkania. Jednak bardzo się myli! Danny okazuje się nie takim ideałem, za jakiego miała go Sandy. Zatem Sandy próbuje zostać jedną z Pink Ladies i znowu być dziewczyną idealną dziewczyną dla Zuko.

Poniżej można obejrzeć różne kadry z filmy. Podziwiać stroje i fryzury z lat 70., które do dzisiaj są inspiracją projektantów, muzyków i aktorów:





Jak wspomniałam już wyżej, to co uwielbiam w tym filmie to muzyka. A poniżej przedstawiam moje ulubione piosenki:

 
Grease -You're the one that I want


Grease - Summer night



Grease - We go together

A jak zmieniła się para głównych bohaterów Grease przez 35 lat? Oto małe porównanie:



Świetny film na nudną niedzielę! Polecam!

***
Grease
Gatunek: Musical, Komediowy
Produkcja: USA
Reżyseria: Randal Kleiser
Scenariusz: Bronte Woodard, Allan Carr
Czas trwania: 1 godz. 50 min.
Moja ocena filmu: 6/6

23 marca 2013

21) Emily Giffin, Pewnego dnia

Moje zdanie na temat tej książki?
Jak do tej pory, to najlepsza pozycja jaką udało się napisać Giffin !

Długo czekałam aż ta książka wpadnie w moje ręce. Przede wszystkim odstraszała mnie cena (36,90 zł). Twierdziłam, że za takie pieniądze kupię coś bardziej ambitniejszego niż kolejna historia miłosna Emily Giffin. Oczywiście wtedy nie miałam pojęcia, że niezupełnie jest to powieść o miłości. Myliłam się! I biję się pięścią w pierś, że nigdy więcej nie pomyślę tak o książkach tej autorki.

Pewnego dnia jest historią opowiedzianą przez dwie kobiety: Marianne i Kirby. Czyli ponownie, stały chwyt autorki- ukazać historię z perspektywy dwóch osób. Jak na razie podoba mi się taki zamysł, a przez to można dogłębnie poczuć, co myślą i twierdzą główne bohaterki utworu. 

Zdecydowanie nie jest to kolejne love story. Książka jest o prawdziwych problemach, o prawdziwym życiu, o zdradach i smutkach...

Ale wszystko od początku....!

Głównymi bohaterkami są Marianne i Kirby. Matka i córka. Marianne w wieku 18 lat była śliczną, wesołą i popularną nastolatką. Mogła mieć każdego chłopaka, wystarczyłoby, że kiwnie palcem. Mimo wszystko wybrała muzyka-buntownika, chłopca, który wolał chodzić swoimi ścieżkami, stronił od szkoły i nauki, a o pójściu do collegu nawet nie myślał. Był nim Conrad Knight. Spotykali się krótko, ale to wystarczyło żeby nimi narodziło się cudowne uczucie. Zakochali się w sobie. Owocem ich miłości stała się Kirby. Wszystko brzmi tak pięknie, prawda? Jednak wcale tak nie było. Kiedy Marianne dowiaduje się o ciąży, postanawia, że Conrad nie może być ojcem, że nigdy nie powie mu o pozytywnym wyniku testu ciążowego. Znika z jego życia błyskawicznie, nawet nie tłumacząc się i nie żegnając. O ciąży mówi tylko swojej matce. Ta postanawia wesprzeć córkę w każdej jej decyzji. Marianne postanawia urodzić dziecko, ale chce oddać je do adopcji. Uważa, że nie potrafi być jeszcze matką i chce pójść na studia, spełniać swoje marzenia, brnąć po drabinie kariery. Wszystko przebiega zgodnie z jej planem. Rodzi córeczkę, przez pierwsze godziny po porodzie przywiązuje się do niej: karmi ją i przytula. Nadchodzi jednak czas rozłąki. Dziewczynka trafia do rodziny, która od kilkunastu lat stara się o dziecko. Jest to rodzina państwa Rosów. Marianne jest zrozpaczona.

Osiemnaście lat później, kiedy Marianne jest znaną producentką filmową, spotyka się z fantastycznym facetem z branży, jej serial bije rekordy oglądalności, ktoś nieznajomy puka do jej drzwi. Jest to jej córka, która ją odnalazła - Kirby. Marianne rozpoznaje ją w pierwszej sekundzie! Tutaj zaczyna się prawdziwa i wzruszająca historia. Matki i córki, które w ogóle się nie znają. Próbują do siebie dotrzeć, jakoś tak naokoło. Rozmawiają o rzeczach tak bardzo nieistotnych, nie wspominając o tym co stało się osiemnaście lat temu. W końcu Kirby daje jasno do zrozumienia matce, że chce poznać swojego biologicznego ojca. Wtedy Marianne wie, że nadszedł czas, którego najbardziej się obawiała. Jednak postanawia wraz z córką odnaleźć Conrada. Bardzo boi się tego spotkania, jest wręcz przerażona, nie wie czego się spodziewać. W końcu tak bardzo go skrzywdziła, zostawiając go bez słowa, a przede wszystkim okłamując. Przecież on nie wie, że ma córkę!

Wkrótce Marianne razem z Kirby jadą do Chicago- rodzinnego miasta Marianne. Kirby poznaje tam swoich dziadków, którzy są przeszczęśliwi, że w końcu mogą zobaczyć swoją wnuczkę. Jednak dom dziadków nie jest jedynym przystankiem w Chicago. Jadą na poszukiwanie Conrada. Spotykają się na chodniku, przypadkiem zderzając się. Conrad nadal przystojny i dojrzalszy już mężczyzna, sprawia, że Marianne zamiera. Umawiają się na pogawędkę w kawiarni. Mężczyzna od początku spotkania jest opryskliwy wobec dawnej miłości. W końcu Marianne zbiera się na odwagę i wyznaje Conradowi całą prawdę, którą tak długo skrywała. Jest to najbardziej wzruszający moment tej książki. Czułam, że trzęsie mi się dolna warga kiedy to czytałam:

- Tamtego dnia w twoim domu... Wtedy, kiedy cię ostatni raz widziałam... Skłamałam... To było złe... Przepraszam, że ci nie powiedziałam... Byłam w ciąży... I urodziłam ją... Ale oddałam... Myślałam, że dobrze robię... Ale trzeba było ci powiedzieć... Tak mi przykro...
Milknę gwałtownie, a Conrad mówi:
- Zaraz! Jak to: byłaś w ciąży?
- Byłam w ciąży - powtarzam jak maszyna. - Powiedziałam ci, że nie jestem... Ale... Byłam.
- Dowiedziałaś się o tym później? - Mruży oczy. Dalej nic nie rozumie.
- Nie. Dowiedziałam się właśnie wtedy. W łazience. W twoim domu. Test wyszedł pozytywnie. Ale ja ci powiedziałam, że... Wynik był negatywny, ja... To było kłamstwo.
- Czemu kłamałaś? - pyta natychmiast Conrad.
- Nie wiem.
- Nie wiesz?
- Bałam się.
Conrad kiwa głową, ale wiem, że nie przyjmuje tego argumentu.
- I urodziłaś to dziecko?
- Tak. Ale oddałam ją do adopcji. Uznałam, że tak będzie najlepiej... Byliśmy tacy młodzi...
- My? - powtarza Conrad. - My nie wiedzieliśmy, że ty byłaś w ciąży - mówi twardo, przeszywając mnie wzrokiem.
- Wiem. I przykro mi.
- Tak, już mówiłaś.
- No tak. Przepraszam. - Potrząsam głową, zamykam oczy i znów je otwieram.
- Więc kto ją zaadoptował? Gdzie ona jest?
Wstrzymuję oddech, uświadamiając sobie z przerażeniem, że on wciąż jeszcze nie rozumie. Wtedy jego wzrok pada na Kirby i widzę, jak wszystko naraz do niego dociera. Rzeczywiście, po chwili mówi szeptem:
- O kurwa. Ty jesteś...
- Tak - potwierdza Kirby z idealnym, majestatycznym spokojem.
- To ja.
- Moja córka? - pyta, patrząc jej prosto w oczy. W swoje oczy.
- Tak - odpowiada Kirby. Nie odrywając od niej wzroku, Conrad w osłupieniu potrząsa głową, a ja jeszcze raz powtarzam im obojgu, jak bardzo mi przykro.


Tematyka tego utworu na pewno nie jest lekka i łatwa, ale mimo wszystko czyta się to bardzo lekko i swobodnie. Język jak zwykle w twórczości Giffin jest przychylny czytelnikowi - jasny i zrozumiały. Książka obfituje w nagłe zwroty akcji, nie da się przy niej nudzić i z ogromną niecierpliwością czeka się na finał historii. Zakończenie jednak jest otwarte. Nie kończy się tak jakbym chciała, ale mimo wszystko można snuć dalszą swoją wersję wydarzeń.

Kiedy skończyłam czytać tę książkę, od razu musiałam przesłuchać pewną piosenkę. Tutaj wstawiam link do niej: http://www.youtube.com/watch?v=YF-5vW4GbsQ
Trzeba najpierw przeczytać, żeby odgadnąć: dlaczego? co? i jak?

***
Emily Giffin
Pewnego dnia
Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2012
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Liczba stron: 480
Moja ocena książki: 6/6

21 marca 2013

20) Anselm Grun, Nasz Mały Cud

Tę malutką książeczkę wygrałam w konkursie organizowanym przez wydawnictwo Granice. Wystarczyło kreatywnie odpowiedzieć na pytania i książka była już moja. Książeczka jest niewielkich rozmiarów, okładka - dosyć skromna, ale jej wnętrze jest prawdziwą skarbnicą mądrości.


Książka jest przeznaczona dla każdego bez względu na wiek. Podtytuł może wprowadzać troszkę w błąd czytelnika, ponieważ nie jest to zbiór życzeń jakby to się mogło wydawać. Możemy jednak traktować to jako prezent dla nowo narodzonego dziecka, gdyż okładka wygląda jak pięknie zapakowane pudełeczko z najlepszymi życzeniami powodzenia. Moim zdaniem, jest to raczej zbiór przemyśleń na temat narodzin i życia człowieka. 

Zdania zapisane w Naszym Małym Cudzie  skłaniają do przemyśleń, zadumy i refleksji na temat naszego życia. Gdy w naszej rodzinie pojawia się mała, niewinna istotka z tabula rasą na koncie, zastanawiamy się jak to nasz czas szybko mija, jak przeszłość już zostawiła ślad na naszej psychice, jak zdążyła już nas ukształtować. A ta mała książeczka przypomina nam, że narodziny dziecka to odnowa obietnicy danej nam przy narodzinach, że wcale nie jesteśmy podporządkowani przeszłości oraz to, że musimy i chcemy marzyć o spełnionym życiu. Przecież każdego dnia możemy wziąć się w garść, poukładać wszystkie swoje skomplikowane sprawy i nastawić się na całkiem nowe i lepsze doświadczenia.

Książka zawiera również zasady postępowania młodo upieczonej matki i ojca. Są one niezmiernie ważne w życiu każdego maluszka. Zatem najważniejszym zadaniem matki jest przekazanie dziecku pierwotnej ufności, a zadanie ojca to przekazanie ufności, że jest ono zdolne wziąć życie we własne ręce, poznawać świat, odważyć się podejmować nowe wyznania. Każdy rodzic musi zapewnić swojemu dziecku wsparcie. Dzieci często pomimo swojego buntu lub tzw. różnicy pokoleń nie okazują tego, ale w głębi serca pragną akceptacji swoich rodziców. 

Te kilkanaście stron wzbudziło we mnie radość i szczęście. Mam dopiero 23 lata, moje życie dopiero zaczyna się kształtować, powoli przygotowuję się na funkcje jakie będę pełniła w dalszym życiu, ale patrząc wstecz czuję, że moje dzieciństwo było niesamowicie szczęśliwe. Wszystko co najlepsze, dostałam właśnie od Nich- rodziców. Zawsze będę ich małym dzieckiem, jakbym dopiero się narodziła, bo pielęgnują mnie i dbają o mnie w każdym milimetrze.


Książka wzbudza we mnie takie oto emocje i refleksje na temat minionego życia, ale też dzięki temu patrzę z nadzieją w przyszłość. 

Warto również zaznaczyć, że książeczka zawiera przepiękne ilustracje. Przede wszystkim dużo kolorowych kwiatów, co aż wyzwala w osobie czytającej optymizm i uśmiech na twarzy, ale też zdjęcia rączek i nóżek małych dzieci. Na sam ich widok chce się powiedzieć "ooooohhhh"



Teraz kiedy przeczytałam tych kilka złotych rad, na pewno przekażę je dalej. Akurat w mojej rodzinie na narodziny czeka trójka dzieci, więc myślę, że przyszłym rodzicom przyda się takie wsparcie zawarte w tych przesłaniach. Przede wszystkim jest to wsparcie duchowe, w naszej polskiej katolickiej wierze!


****
Anselm Grun
Nasz Mały Cud
Wydawnictwo Jedność
Kielce 2012
Liczba stron:  40
Moja ocena książki: 5/6

19 marca 2013

Single i Remiksy

W ubiegłą niedzielę (17 marca) byłam na spektaklu w reżyserii Olafa Lubaszenki, pt. Single i Remiksy. Przede wszystkim do obejrzenia sztuki zainteresowały mnie znane postaci polskich seriali i filmów. Chyba najbardziej ciekawiła mnie sama postać Ani Muchy. I nie zawiodłam się, bo Anka spełniła moje oczekiwania. W dodatku totalnie oszalałam na punkcie Weroniki Książkiewicz i Wojciecha Medyńskiego. 
Oprócz trójki w.w. aktorów, jedna z ról należała do Lesława Żurka. Przystojny aktor, którego dobrze się ogląda w serialach typu Londyńczycy, albo Przyjaciółki i naprawdę go uwielbiam jako aktora! Jednak niekoniecznie zachwyciła mnie jego gra i nie mogę jej zaliczyć do profesjonalnej. Pomimo tego malutkiego mankamentu sztukę zaliczam do jak najbardziej udanych i polecam wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji wybrać się na spektakl. 


Co mogę napisać o samej sztuce?
Otóż, jest to doskonała komedia (!!), która opowiada o życiu w wielkiej korporacji, o stosunkach (w dwuznacznym wymiarze tego słowa) pracowników. Główną rolę gra tutaj Magda (Weronika K.), która jest singielką oraz prezesem firmy. Uważa, że tylko single mogą coś osiągnąć w życiu. Coś - czyli kariera, sława i pieniądze. Nic innego w życiu dla niej się nie liczy. Jako swoich podwładnych ma dwójkę zblazowanych pracowników: Asię (Ania M.) i Sebastiana (Wojciech M.). Są oni małżeństwem od 5 lat, ale uwaga! Magda o niczym nie wie, ponieważ w jej firmie panuje reguła, że każdy z jej pracowników musi być singlem, a do tego musi poświęcać maksimum swojego czasu pracy. I tak tym sposobem Asia i Sebastian ukrywają swój związek przed przełożoną, bo boją się o to, że stracą swoją pracę. Robią to w świetnym, cudownym i komicznym stylu.

Życie w korporacji płynie idealnie jak w zegarku, dopóki firma nie zostaje wciągnięta przez większą hinduską korporację. Magda popada w rozpacz, ponieważ nowa firma chce zmienić całkowicie politykę firmy na prorodzinną. Jakby tego było mało do Polski zostaje wysłany nowy przełożony, który ma za zadanie ocenić jakość pracy i stosunki panujące w firmie między pracodawcą a pracownikami. Magda natychmiast musi znaleźć więc partnera! Wpada na szalony pomysł, że zostanie nim Sebastian. A to wydarzenie prowadzi już do totalnie uwikłanej sytuacji tego czworokąta, która jest bardzo zabawna, a wręcz komiczna!








Sztuka warta polecenia i każdych pieniędzy!
Uśmiałam się do łez i do rozpuku, a moje miejsce w pierwszym rzędzie było idealne i dało mi możliwość oglądania tych gwiazd prawie, że na odległość ręki.
Zapomniałam też wspomnieć o tym, że spektakl jest skierowany przede wszystkim do widzów +18 :)
Mogę też pochwalić gwiazdy za po prostu bycie człowiekiem, tzn. po zakończonym spektaklu, kilka razy wychodzili do widowni i kłaniali się w pas. Byli przy tym przede wszystkim bardzo naturalni i niczym nie przypominali osób wykreowanych przez media, czyli jako zadufanych w sobie gwiazdek.
Polecam wszystkim bardzo serdecznie!

Moja ocena spektaklu to 7 / 6   !!

Kochanka w piosenkach Osieckiej

Dzisiaj kolejna część mojej pracy licencjackiej. Tym razem przedstawiam Wam językowy obraz kobiety - kochanki.

"Zwykle kobieta, która rozbija związek dwojga ludzi oceniania jest bardzo negatywnie. Jest kobietą potępianą i odrzucaną przez społeczność. W utworze Na zakręcie kobieta zwierza się milczącemu mężczyźnie. Jej monolog jest smutny i przejmujący. Kobieta mówi mu o tym, co czuje, zgadza się na swoją samotność oraz na to, że musi cierpieć, o czym świadczą słowa:

A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Choć gdybym chciała – bym się urządziła.

Już widzę: pieska, bieska, stół. Wystarczy, żebym była miła.

Kobieta nie potrafi żyć bez miłości i zdaje sobie sprawę, że jej życie się kolebie niczym balia. Kiedy nieszczęśliwa kobieta kończy swoją wypowiedź, prawdopodobnie zapala papierosa i przypomina mężczyźnie, że w domu czeka na niego żona: Lepiej chodźmy, bo papieros zgaśnie. Niedługo, pan to czuje, będzie rano. Ona czeka, wcale dziś nie zaśnie. A robotnicy wstaną. Kobieta wie, że kiedy mężczyzna wyjdzie, to będzie musiała znowu czekać na każdą miłą chwilę z nim spędzoną. Jednak zdaje sobie też sprawę, że nie może liczyć na nic więcej niż nocne spotkania, bo jak zaznacza na samym początku swojego monologu: Moje prawo to jest pańskie lewo. Utwór ten jest w pewnym stopniu pochwałą kobiecości i kobiecego punktu widzenia. 


 
Kochanka jest też kobietą, która ma za złe mężczyźnie to, że ożenił się za wcześnie. Jest tak w przypadku wiersza Ożeniłeś się wcześnie zbyt. Znowu mężczyzna jest tu tylko słuchaczem monologu kobiety. Kochanka wie, że nie ma już szans na bycie razem z tym mężczyzną, że wtedy gdy byliby razem mogłoby piękniej być. Jednak ona nie potrafi żyć bez swojego ukochanego i wie, że on również ją kocha, bo to przecież, czy Kutno, czy Paryż, nie możesz beze mnie żyć. W końcowej strofie kobieta opowiada, że miała wielu mężczyzn, którzy o nią zabiegali, ale każdego odrzucała. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez kobietę brzmi trochę jak zarzut wobec mężczyzny: Mogłam zostać doktorem, lecz przyszedłeś nie w porę. Gdyby mężczyzna zjawił się w innych okolicznościach w życiu kobiety, to ona mogłaby mieć pewnie wykształcenie i dobrą pracę. Zatem dla niego zrezygnowała z własnego rozwoju.
 

Zadaniem kochanki jest zaspakajanie potrzeb fizycznych mężczyzny, o czym mogą świadczyć słowa kobiety tobie chodzi tylko o łóżko. W utworze Tylko łóżko kobieta jest osobą niekochaną, która rozpaczliwie poszukuje miłości. Kochanka chciałaby mieć mężczyznę tylko dla siebie, nie chce się z nim dzielić z innymi kobietami. Nie chce, żeby jej ukochany wspominał o swojej pięknej żonie. Chciałaby, żeby mężczyzna czasem skłamał dla niej, że się rozwiedzie albo wyjadą gdzieś razem. Kobieta pragnie wsparcia swojego mężczyzny, jednak wcale go nie otrzymuje. Kochanka jest ślepo zakochana, nie zauważa tego, że mężczyzna traktują jak jak przedmiot. Mężczyzna nie przedstawia jej znajomym, oskarża ją o to, że ona wszystko psuje, a kocha ją tylko wtedy, kiedy jest pijany. Prawdopodobnie kobieta była w ciąży z tym mężczyzną, jednak usunęła ciążę, a mężczyzna bez uczuć podszedł do sprawy aborcji. Pragnieniem kobiety jest to, żeby mężczyzna, kiedy odchodzi, był dżentelmenem, żeby powiedział jej miło, że to był sen i że się wkrótce odezwie. Nieszczęśliwa kobieta chciałaby, żeby mężczyzna zamienił się w taką poezję, którą jesteś... którą byłeś – ty sam. Z jej ostatnich słów wynika, że mężczyzna kiedyś był inny. Był taki, jakiego kobieta potrzebowała i pragnęła. Był wtedy spełnieniem jej marzeń. Jednak niezależnie od tego, jaki jest, kobieta zawsze będzie go kochała.
 
W utworze Alu, nie miej do mnie żalu kochanka wygłasza swój monolog, którego słuchaczem jest prawdopodobnie koleżanka Ala. Poznajemy tu kochankę z innej perspektywy niż zwykle. Z jej wypowiedzi wynika, że kobietę prawdopodobnie coś łączyło z mężczyzną (Jerzym) Ali. Kochanka zarzeka się, że nie widziała, że jej na nim zależy. Kobieta prawdopodobnie dosyć późno dowiedziała się o tym, że ten Jerzy ma dziewczynę już rok i było to dla niej wielkim zaskoczeniem. Kochanka spotkała mężczyznę na balu, podobnie jak Ala. Mówi też koleżance, że spędziła z jej mężczyzną wczasy na Podhalu. Ze zdań kobiety wynika, że ten romans nic dla niej nie znaczył, że nic się nie stało i właściwie w ogóle jest to nieważne, bo kobieta nie pamięta nawet jego ust. Kobieta mówi też, że w niczym nie dorówna Ali, że ona ma dużo lepsze nogi i wychodzi jej walet pik szałowy. Śmiesznie wręcz brzmi zdanie, które wypowiada: Proszę, pożycz mi dżinsowy płaszcz. Może ono świadczyć przede wszystkim o bezczelności kobiety, ale też o tym, że to wszystko, co się wydarzyło było przelotne i bez znaczenia. Kochanka jest tu przedstawiona jako bezwzględna i bezwstydna kobieta, która nie przejmuje się uczuciami koleżanki i za nic ma te wszystkie chwile spędzone z mężczyzną. Dla niej widocznie była to tylko zabawa."

NIE ZEZWALAM NA KOPIOWANIE MOJEJ PRACY !!